Blog Świdra

|
Październik 2008 |
|
Zobacz blogi z innych miesięcy: |
Z@piski Świdra:
Remanent
Dawno się nie "widzieliśmy", więc dziś mam Wam dużo więcej do opowiedzenia. Zacznę od... Olsztyna.
Po przyjeździe do Olsztyna i zakwaterowaniu w hotelu przyszedł czas na pierwszy trening. Nie byłoby w tym nic dziwnego i wartego uwagi gdyby nie fakt, że właśnie podczas pierwszego treningu został nam przedstawiony nasz nowy kolega... MASZYNA DO ZAGRYWANIA (w sumie to chyba raczej koleżanka). Specjalnie sprowadzono ją na nasze potrzeby aż z USA. Koleżanka potrafiła posyłać systematycznie dokładne piłki, które osiągały nawet prędkość 110 kilometrów na godzinę. Najgorsze było to, że w odróżnieniu od nas, Amerykanka nie czuła zmęczenia. Często bywało tak, że my już padaliśmy, a ona się dopiero rozkręcała (Jak nic przydałaby się trenerowi Bonitcie). Mam tylko nadzieję ,że wspólne treningi zaowocują poprawą naszego przyjęcia, nad którym - jak wiadomo - musimy dużo pracować. Na kilka dni przed rozpoczęciem turnieju doszła do nas wiadomość o rezygnacji Rubena Acosty z funkcji prezesa FIVB. Oczywiście wywołało to spore poruszenie w siatkarskim świecie, snute były najróżniejsze spekulacje i podejrzenia. Ja od razu pomyślałem, że do wyborów na nowego prezesa organizacji, pan Acosta chce przystąpić z "wolnej ręki", a nie jako były szef. Komentarzy i zamieszania było dużo - czas pokaże, kto był najbliżej prawdy.
Ciężkie treningi i problemy zdrowotne Gumy i Kadzia spowodowały, że do turnieju przystępowaliśmy w nieco zmienionym składzie. Do "12" nie został także wpisany Winiar, który odczuwał jeszcze trudy sezonu we Włoszech. Pierwsze spotkanie mieliśmy rozegrać z Czarnogórą. Jeszcze przed meczem Raul uczulał nas na grę skrzydłami Czarnogórców - szczególnie po dwudziestym punkcie. Nie mieliśmy jednak okazji się o tym przekonać, ponieważ sety wygrywaliśmy odpowiednio do 18, 19 i 20. Podczas meczu jeden z podstawowych zawodników - Milivojevic - zanotował "imponujący" procent skończonych ataków, bo aż całe 5%... Nie, nie pomyliłem się i nie zjadłem żadnej cyferki. Milivojevic kończył jedną piłkę na dwadzieścia_ Nic dodać nic ująć. Następne spotkanie graliśmy z Estonią i było trochę ciężej, szczególnie w pierwszym secie, który wygraliśmy do 26. Cały mecz jednak wygraliśmy 3:0. Nie wiem, czy to my byliśmy tak dobrze dysponowani, czy przeciwnicy nie błyszczeli formą, ponieważ również trzecie spotkanie z Węgrami wygraliśmy 3:0. Turniej nie stał na zbyt wysokim poziomie. Dzięki temu Raul mógł zmieniać skład i próbować wszystkich zawodników. Podczas zakończenia memoriału okazało się, że nie byliśmy zbyt gościnni, ponieważ zgarnęliśmy większość nagród indywidualnych. Mnie najbardziej spodobała się gra młodego Nowakowskiego i Marcina Wiki, którzy świetnie wkomponowali się w drużynę.
Zdecydowanie więcej emocji dostarczył turniej eliminacyjny do IO dziewczyn rozgrywany w Japonii. Niestety nie obyło się bez porażki i to w pierwszym meczu (3:1 z Japonią), ale następne spotkania padły już łupem zespołu trenera Bonitty. Tak więc dziewczyny zakwalifikowały się już na igrzyska, nam nie pozostało nic innego, jak walczyć o to samo.
Po turnieju w Olsztynie nie wracałem do domu, a zostałem u rodziny na Mazurach. W przerwach między wędkowaniem i grillowaniem, negocjowałem warunki mojego przyszłego kontraktu. Zdecydowałem się podziękować za zainteresowanie i propozycje polskich klubów i przedłużyłem kontrakt z Maceratą o kolejne dwa lata. Wypoczynek szybko dobiegł końca, pożegnałem się więc z rodziną i udałem się na kolejne zgrupowanie. Do kadry przed turniejem w Estonii dołączyli kontuzjowani zawodnicy: Guma, Kadziu i Winiar. Po kilku treningach w Warszawie udaliśmy się do Tallina, gdzie jechaliśmy w roli faworytów. W międzyczasie rozpoczął się turniej kwalifikacyjny do IO w Dusseldorfie obsadzony bardzo silnymi zespołami z Kuby, Hiszpanii i Niemiec, oraz słabą drużyną z Taipei. Turniejowe mecze stały naprawdę na wysokim poziomie, może tylko egzotyczna drużyna z Taipei odstawała poziomem od reszty. Mimo to rozgrywki dostarczyły kibicom nie lada emocji . "Ściany pomagają gospodarzom". Tak też było w tym przypadku - cały turniej i awans na IO wygrała drużyna Niemiec...
Niestety słowa tego powiedzenia miały swoje odbicie również w przypadku naszego turnieju w Tallinie,
ale po kolei...
Po przylocie zostaliśmy bardzo mile przywitani przez pracowników polskiej ambasady. Kolejnym miłym zaskoczeniem był ład i porządek, jaki zastaliśmy w tym bardzo dobrze rozwijającym się postkomunistycznym kraju. Zdziwiło nas też to , że zostaliśmy zakwaterowani w zupełnie innym hotelu niż pozostałe ekipy - czyżby jakiś chytry plan gospodarzy? Prawda przyszła szybciej niż się tego spodziewaliśmy... Trudno skupić się w spokoju na grze, gdy na parterze było kasyno, a jednego z wieczorów odbyła się nawet "Casino PLAYBOY Night"... Nawet nie pytajcie kto i w jakich strojach przechadzał się na dole! Na całe szczęście (albo nieszczęście) w trakcie turnieju nie było już więcej takich niespodzianek ze strony organizatorów. Najgorszą jednak niespodziankę sprawiliśmy sobie sami. Po łatwej wygranej w pierwszym meczu z Węgrami, nic nie zapowiadało katastrofy, jaka nas później spotkała. Następny mecz graliśmy z Czarnogórą, zespołem, który tak niedawno rozłożyliśmy na przysłowiowe łopatki. Tym razem scenariusz nie przebiegał po naszej myśli. Prowadząc 2:0 polegliśmy w 2:3. Dodatkowo - w moim przypadku - czary goryczy przepełniło odnowienie się kontuzji kolana. W jednej z akcji poczułem ból w kolanie na tyle dokuczliwy, że w ostatnim meczu z gospodarzami Raul podjął decyzję, że mam się nawet nie rozgrzewać i że w tym meczu nie zagram. Oglądanie meczu z ławki bez możliwości wejścia, by pomóc chłopakom było dla mnie jak najgorsze katusze, a stan ten pogłębił dodatkowo
wynik... Znowu przegraliśmy 3:2 mimo prowadzenia 2:0. Nikt nie potrafił wytłumaczyć, jak to się mogło przydarzyć, pozostała nam tylko złość i bezsilność. Trochę pocieszającym dla nas był fakt że zostały nam jeszcze wrześniowe baraże, które są ostatnią eliminacją do ME. Jak można się było tego spodziewać, od razu po blamażu, posypały się na nasze głowy słowa krytyki. O dziwo - nasi trenerzy zachowywali stoicki spokój, co zaczęło udzielać się również i nam. Było to widać podczas treningów w Warszawie. Powrócił spokój i przyjemność z trenowania. W tym czasie udałem się na badania USG i na całe szczęście kontuzja nie okazała się na tyle groźna, żebym nie mógł powrócić do zajęć i przygotowań do zbliżającego się turnieju w Espinho.
Przed wylotem, na lotnisku żegnała nas tak duża grupa dziennikarzy, jak nigdy dotąd... Zastanawialiśmy się czy to dlatego, że jedziemy na najważniejszy turniej eliminacyjny do IO, czy jednak próba znalezienia taniej sensacji zwabiła to zacne grono... Niestety po pierwszych pytaniach, które usłyszeliśmy, intencje pytających stały się dla nas jasne... Mimo to do samolotu wsiadaliśmy z podniesionymi czołami i jasno wytyczonym zadaniem - awansu do IO i nie rozpatrywaliśmy żadnej innej opcji. Jedyne, czego się obawialiśmy podczas tego turnieju, to problemy jakie mogą nam stworzyć organizatorzy, tak jak to było cztery lata temu. Tym razem okazało się, że nasze obawy nie były potrzebne, a organizacja nie dawała powodu do narzekań. Pierwszy mecz przyszło nam zagrać z drużyną Portoryko, a jak wiadomo Portoryko to w istocie Hektor Soto. Jeśli gra dobrze - potrafi zdobyć sam nawet ponad 40 punktów! Byliśmy bardzo dobrze przygotowani taktycznie, ale w pierwszym secie nie byliśmy w stanie zrealizować wszystkich założeń. Na szczęście wygranie pierwszej partii dodało nam skrzydeł, więc dwie kolejne dość łatwo padły naszym łupem (do 18 i 14). Całe spotkanie wygraliśmy więc 3:0. Następnym naszym rywalem była dość nietypowa drużyna Indonezji... Egzotyczny był to przeciwnik, tak jak i jego gra bez libero, a to z resztą chyba dlatego, że ich środkowi byli wzrostu naszego Igły. W tym głównie upatrywaliśmy powodów ich dość dziwnego stylu gry. Kolejne zwycięstwo przybliżało nas do awansu na IO. Jak można było przypuszczać, gospodarze tak ustawili sobie spotkanie z nami, aby wypadło na sam koniec - przywilej gospodarza. Gra była wyrównana, chociaż w każdym secie kontrolowaliśmy jej przebieg, w trzecim - rywale napędzili nam trochę stracha. Prowadziliśmy 22:18, ale w tym momencie Portugalczycy postawili wszystko na zagrywkę, świetnie grali też blokiem. Do tego należy dodać jeszcze kilka naszych błędów i... zrobiło się po 24. Na szczęście zachowaliśmy w końcówce więcej zimnej krwi i po ataku Winiara na 26 punkt, to my mogliśmy cieszyć się z wywalczonego awansu. Wraz z nami cieszyła się też dość liczna grupa naszych kibiców. Mi niestety nie było dane fetować zwycięstwa - wezwano mnie na kontrolę antydopingową. Prawdziwe ucztowanie rozpoczęło się po powrocie do hotelu, potem przenieśliśmy się na plażę! Powiem tylko tyle - woda w oceanie była ciepła... Po powrocie, na lotnisku zorganizowano dla nas powitanie. Było bardzo miło: kwiaty, kibice, telewizja i co najważniejsze odznaki olimpijskie... pomimo zmęczenia było naprawdę bardzo sympatycznie.
Wszyscy dostaliśmy trochę wolnego, niektórzy poświęcili go na wyjazdy na wczasy, inni spędzali czas z rodziną i bliskimi. Ja postanowiłem zostać w Warszawie. Nie ciągnęło mnie do pustego jeszcze domu, moja Maja miała jeszcze tydzień szkoły, więc pomyślałem, że dobrze byłoby pozałatwiać wszystkie zaległe sprawy tak, aby gdy przyjedzie moja rodzinka, móc spędzić jak najwięcej czasu z nimi. Na początek udałem się na Mazury do mojego wujostwa, bo tam miałem do załatwienia kilka spraw związanych z kupnem ziemi nad jeziorem. Po załatwieniu wszystkich formalności, zaliczeniu kilku wypadów na ryby z wujkiem, musiałem wrócić do Warszawy, gdzie czekał mnie wcześniej już umówiony zabieg laserowego sklejania siatkówki oka (udany). Zrobiłem sobie również rezonans magnetyczny wciąż dającego się we znaki barku, ale tak jak przypuszczałem - niewiele się zmieniło na lepsze - trzeba przetrzymać. Pod koniec tygodnia uzgodniłem telefonicznie z Olą , że spotkamy się w weekend w domu. Szkoła dobiegła końca, więc nie stało już nic na przeszkodzie by dzieciaki z mamą, Olą i naszym zwierzyńcem w końcu wróciły do domu. Byłem bardzo szczęśliwy że będę mógł ich wszystkich wyściskać, także nawet podróż do Gorzowa autem mamy bez "klimy" w trzydziestostopniowym upale nie była mi groźna. Wstępnie umówiłem się z Olą na niedzielę. Wprawdzie wyjechała w sobotę, ale niestety nie o tej godzinie, o której planowała, więc ciężko było zrobić jej całą drogę w jeden dzień. Do domu dojechali w niedzielę po 12. Na obiad poszliśmy do kompletnie zaskoczonej przyjazdem wnuków mamy Oli, która wiedziała, że mają przyjechać w niedzielę, ale tą w przyszłym tygodniu. Niespodzianka się więc udała. Ja cieszyłem się jeszcze bardziej, raz - dlatego, że tęskniłem za dziećmi a dwa - też dlatego, że szykowała się super sportowa niedziela. Na początek wziąłem Tomka na żużel - pierwszy raz w życiu młody podziwiał uroki czarnego sportu i to z tatą! Pytany potem o wrażenia odpowiadał niezmiennie
"...było fajnie, tylko za głośno i trochę nudno, ale był fajny traktor" (traktor ten, który wyrównywał powierzchnię toru, wywarł największe wrażenie na Tomku). Z powrotem do domu "wycyrklowaliśmy" akurat tak, że trafiliśmy na transmisję Formuły 1 i tutaj Tomek z zapartym tchem śledził przebieg wyścigu, zresztą nie tylko on, reszta rodziny również. Po Kubicy oglądaliśmy mecze rozpoczynającego się właśnie Euro, ale to już trochę z doskoku - w domu po powrocie mojej "bandy" panował przysłowiowy Sajgon... Ale ja byłem z tej zadymy bardzo zadowolony i szczęśliwy, że wreszcie po półtoramiesięcznej przerwie jesteśmy razem. Niestety długo się nie ogrzałem przy blasku domowego ogniska, czas wolny jak zawsze biegł niemiłosiernie szybko. W tym wypadku nie było inaczej - po tygodniu integracji z rodziną musiałem wracać do naszej "UKOCHANEJ" Spały. Dobrze, że między kinem, lodami i zabawami na placu zabaw znalazłem czas na codzienne zabiegi w gabinecie mojego przyjaciela Arka, więc przynajmniej pod względem zdrowotnym byłem w niezłej formie. Ja jechałem do Spały, a chłopaki wylecieli na pierwsze mecze Ligi Światowej do Egiptu. Jak się można było spodziewać, występ chłopaków nie należał do najbardziej udanych i wcale mnie to nie zdziwiło. Po pierwsze formę szykowaliśmy na Espinho, a po drugie - do Aleksandrii pojechali prawie bez treningu. Stąd właśnie brak formy i wynik pierwszego meczu przegranego niestety 2:3. Drugi mecz pokazał, że i bez formy jesteśmy w stanie grać lepiej i mimo to, że drużyna formą nie błyszczała, wygraliśmy drugie spotkanie 3:1. W Spale było nas pięciu, więc ciężko było o normalne treningi. Zajęcia prowadzili Krzysiek Stelmach i Mariusz Sordyl. Na drugi dzień z Egiptu wrócili Bąku i Grzybek oraz Wojtek Żaliński, który nie zmieścił się w 19 na Ligę Światową, ale jest w szerokim składzie. Treningi były lekkie, ale intensywne. Na początku bez skoków - ja również nie "machałem ręką" z powodu bolącego mnie barku. Praktycznie wszyscy podczas pobytu chodziliśmy na zabiegi. W drugiej części tygodnia zaczęliśmy skakać, ja nawet próbowałem atakować lekko na tyle, na ile pozwalał mi wciąż dokuczający bark. Było nawet znośnie, ból nie dokuczał aż tak strasznie jak myślałem. Miłe złego początki _ Cieszyłem się, że w końcu w pełni mogę uczestniczyć w treningach, ale jak się okazało - moja radość nie potrwała długo. Podczas ostatnich zajęć dostałem tak niefortunnie piłką w bloku, że bolesność barku powróciła i to ze zdwojoną siłą. Jak pech to pech! Ze Spały udałem się do wujostwa na Mazury odpocząć chwilkę i spotkać się z moimi brzdącami. Ola z dziećmi przyjechała już kilka dni wcześniej, by pomóc cioci w przygotowaniach imieninowych. Oczywiście mimo krzątaniny i harmidru panującego w domu, na czas meczu wszystkie prace zostały zawieszone, tak by wszyscy mogli oglądać spotkanie Polaków. Niestety - jak się okazało - przegraliśmy pierwsze spotkanie z Chinami 3:1. Scenariusz był podobny, jak podczas meczów z Egipcjanami. Widać było zmęczenie podróżą i zmianą strefy czasowej. Chłopcy chodzili po boisku trochę jakby ospali. Drugie spotkanie poziomem również nie zachwycało, cieszy natomiast fakt że mimo braku formy i zmęczenia potrafiliśmy wygrać 3:2. Weekend i odpoczynek dla mnie dobiegł końca, zostawiłem balangowiczów i udałem się prosto na lotnisko. Część wesołej ekipy nawet mnie odwiozła. Na lotnisku spotkałem się z Igłą i Gumą i po prawie 20 godzinach podróży dołączyliśmy do zespołu. Japończycy nie byli dla nas zbyt gościnni, z resztą można by rzec: tradycyjnie. W planach mieliśmy zajęcia na hali. Niestety organizatorzy nie przewidzieli dla nas żadnych treningów, oprócz obowiązkowego przed meczem. Tak więc pozostało nam przeprowadzić zajęcia na siłowni, a po południu dostaliśmy wolne. Pojechaliśmy _ "na sklepy". Ja nie jestem zwolennikiem łażenia po centrach handlowych, więc zamiast "na sklepy" udałem się na poszukiwanie dobrego jedzenia w pobliskich knajpkach. Zjadłem tak pysznego steka, jakiego chyba jeszcze nigdy w życiu nie jadłem. Mimo, że knajpka była niepozorna - 8 krzeseł ustawionych przy barze, co pozwalało podpatrywać jak kucharz wyczarowuje zamawiane potrawy - jakość jedzenia powalała na kolana.
Moje pierwsze treningi z grupą dalekie były od ideału. Dlatego też bardzo zdziwiłem się, gdy trener zdecydował się wystawić mnie do szóstki na pierwszy mecz. Mimo obaw, rozegraliśmy dobre spotkanie i gładko pokonaliśmy Japończyków. Cieszyłem się podwójnie, ponieważ nie odbiegałem poziomem gry od reszty chłopaków - więc może nie jest aż tak źle, jak myślałem. Niestety w drugim meczu było o wiele gorzej... Po pierwszym secie musiałem zmienić przepoconą koszulkę, a po drugim - los koszulki podzieliły spodenki. Już wtedy byłem do zmiany. Kompletnie wysiadłem kondycyjnie. Co najgorsze - Japończycy zaczęli dopiero się rozkręcać pokazując coraz lepszą siatkówkę. My natomiast wyglądaliśmy tak, jakby ktoś wyjął nam wtyczkę z kontaktu. Przegraliśmy piąty set po serii asów Koshikawy... Po meczu mieliśmy świętować moje i Pawła Woickiego urodziny, oraz imieniny wszystkich Piotrów i Pawłów, ale wynik i zmęczenie zrobiły swoje. Powiem wam jednak w tajemnicy, że nie położyliśmy się od razu spać.
Droga powrotna do Polski przebiegła planowo. Wszyscy rozjechali się samochodami do domów, ja po półtorej godziny czekania udałem się samolotem do Poznania, gdzie czekała na mnie Agata - siostra Oli. Stamtąd autem udaliśmy się prosto do... mojej knajpki. Nie dziwcie się zbytnio. Okazało się, że w niedzielę przyjechał do nas do Gorzowa Papkin z żoną, którzy we wtorek z Berlina lecieli na wczasy do Grecji. Oczywiście nocowali u nas, Ola zorganizowała na szybko przyjęcie powitalne w naszej knajpie. Śmiałem się potem , że to było raczej "nocne czekanie", ale miło mi było zobaczyć moich przyjaciół, którzy mimo późnej pory dzielnie na mnie czekali. W domu wylądowaliśmy bardzo późno, chociaż może lepiej powiedzieć wcześnie rano! Zmusiłem się do przespania kilku godzin, mimo że w ogóle nie miałem na to ochoty. Żyłem jeszcze czasem japońskim, więc ciężko mi było iść spać w środku dnia_Zmęczenie dopadło mnie po południu i nie dałem rady. Musiałem się chociaż chwilkę zdrzemnąć. Oczywiście długo w domu nie pobyłem. Następnego dnia już o 6 rano siedziałem za kółkiem i jechałem do Katowic, gdzie czekały nas przygotowania i mecze z Chinami. Trenowaliśmy w 18, była obecna cała kadra z wyjątkiem Krzyśka Gierczyńskiego, który dostał zasłużony tydzień wolnego. W przerwie między treningami znalazłem chwilę na spotkanie przy kawie z dziewczynami zajmującymi się prowadzeniem mojej strony internetowej, które wręczyły mi kartki urodzinowe. Chciałbym podziękować wszystkim za miłe słowa i życzenia i zapewnić, że wszystkie przeczytałem!
Mimo obaw nasz "debiut" przed polską publicznością wypadł całkiem pozytywnie - dwie pewne wygrane z Chinami napawały nas optymizmem, widać było zaczątki dobrej gry, chyba dochodziliśmy do naszego normalnego poziomu. Kolejne wygrane w Łodzi z drużyną Japonii tylko nas w tym przekonaniu umacniały. Dobra gra pozwoliła nam na zrewanżowanie się za przegraną w "Kraju Kwitnącej Wiśni". Pomimo późnej pory zdecydowałem się wracać do domu jeszcze tego wieczora, tak więc do Gorzowa dotarłem późno w nocy. W poniedziałek rano udałem się na siłownię, a potem miałem okazję na chwilkę relaksu w basenie - obiecałem dzieciom, że pójdziemy, więc była okazja połączyć przyjemne z pożytecznym. Od pewnego czasu zaczęły mi dokuczać bóle pleców, więc pływanie było jak najbardziej wskazane. Odciążony kręgosłup trochę "odpoczął". Wizyta na basenie tak się przeciągnęła (wyciągnąć Tomka z wody graniczy z cudem), że o mały włos spóźniłbym się na spotkanie z Raulem, który odwiedził moje rodzinne miasto. Umówiliśmy się najpierw w moim pubie na obiad i kawę, a potem czekała nas "męska rozrywka" - strzelnica. Podczas rozmów z Raulem dowiedziałem się, że jest miłośnikiem polowań. A ponieważ mój znajomy jest właścicielem strzelnicy - umówiliśmy się na wspólne strzelanie. Muszę Wam powiedzieć, że zabawa była przednia. Strzelaliśmy z różnych typów broni, od pistoletów po karabin. Widać było, że Raul zna się na tym. Ja natomiast - mimo, że laik - starałem się mu dorównać. Wieczorem Raul wrócił do Poznania, gdzie następnego dnia była wyznaczona nasza następna zbiórka. W Poznaniu zrobiłem rtg kręgosłupa oraz rezonans magnetyczny. Plecy tak bardzo mi dokuczały, że istniało zagrożenie naprawdę poważnej kontuzji. Po oględzinach lekarskich zaordynowano mi zabiegi w centrum RehaSport. Kontuzja wyeliminowała mnie z meczów przeciwko drużynie Egiptu, ale mimo to znalazłem się w składzie na finał Ligi Światowej w Rio i na IO w Pekinie. Dwie wygrane nad Egipcjanami sprawiły, że rundę rewanżową zakończyliśmy kompletem zwycięstw. Do Rio lecieliśmy przez Paryż, stamtąd mieliśmy bezpośredni samolot i po 12 godzinach lotu dotarliśmy na miejsce. Nasz hotel był położony w bliskim sąsiedztwie słynnej
plaży Copacabana... Niestety przed rozpoczęciem turnieju mieliśmy dwie siłownie i trening na Sali, która raczej rozmiarami przypominała kurnik, więc plażę podziwialiśmy tylko z autobusowego okna. Pierwsze spotkania nie dostarczyły zbytnich emocji. Serbia dość gładko pokonała Amerykanów, a Brazylia rozjechała Rosję_. Trener Brazylijczyków chyba stwierdził, że mecz nie był wystarczającym obciążeniem i wysłał ich na siłownię!!! My tego turnieju nie rozpoczęliśmy optymistycznie, ponieważ ulegliśmy USA 3:2, mecz był bardzo zacięty, Winiar miał nawet w górze piłkę meczową, ale okazało się, że szczęście sprzyja lepszym i tego dnia mieli je Amerykanie. Następnego dnia czekała nas przeprawa z Serbią, czyli mecz o wszystko... Niestety, mimo mobilizacji i chęci przegraliśmy 3:0, co definitywnie przekreśliło nasze szanse awansu do finału. Przegrana - i to w tak słabym stylu - podłamała nas niestety i to w przededniu IO. Przeprowadziliśmy rozmowę po meczu w szatni i potem jeszcze raz w hotelu. Sytuacja wydawała się krytyczna, ale mimo to staraliśmy się patrzeć optymistycznie w przyszłość. Z pewnością trochę otuchy w nasze serca wlała wygrana USA nad wielką Brazylią - może nie jest z nami aż tak źle. Okazało się, że w finale zagrały dwie drużyny z naszej grupy, a triumf w całej imprezie odniosła drużyna amerykańska. Nam naprawdę zabrakło tylko szczęścia do wygrania z nimi, tak więc wiara w sukces na Olimpiadzie odżyła na nowo w naszych sercach. Do wyjazdu zostało jeszcze trochę czasu, który poświęciliśmy na treningi i zwiedzanie. Byliśmy między innymi na słynnej górze Corcovado, na której znajduje się trzydziestodwumetrowy pomnik Jezusa Chrystusa, na Górze Cukrowej, skąd rozciąga się widok na całe Rio, przejeżdżaliśmy też przez dzielnice biedoty tzw. Wawele. Oczywiście nie mogło nas zabraknąć na słynnej w całym świecie Copacabanie. Jedni spacerowali plażą, inni - wśród nich i ja, walczyli z niezwykle silnymi falami, zażywając kąpieli w ciepłym oceanie. Wieczorem prezes Wspaniały zaprosił nas wszystkich do brazylijskiej knajpy na kolację. Jedzenie było przepyszne i ciężko było sobie odmówić dokładek. W poniedziałek czekała nas jeszcze siłownia i wyjazd na lotnisko. Nie wiem, kto tak wszystko wymyślił, ale do Pekinu lecieliśmy przez_. Paryż. Po 11 godzinach lotu, na lotnisku w Paryżu czekaliśmy 11 godzin na lot do Pekinu, który trwał z kolei 12 godzin. Nie myślcie sobie, że to był koniec naszego podróżowania! Po tych 12 godzinach, znów przyszło nam czekać na lotnisku, tym razem nieco krócej bo "tylko" 5 godzin na samolot do Hangzhu . Po 2,5 godzinnym locie (żartowaliśmy sobie "na dobicie"), zawieziono nas do hotelu. Jedenaście godzin różnicy czasowej bardzo nam dokuczało, mieliśmy duże problemy ze snem ( ja np. w nocy przespałem raptem 3 godziny i dzień 2) i aklimatyzacją, ze względu na bardzo dużą wilgotność oraz smog. Słońca nie było widać w ogóle. Warunki mieliśmy naprawdę dobre, narzekać mogliśmy chyba tylko na jedzenie, które nie było najlepsze. Po dobrze przepracowanym tygodniu czekał nas lot do Pekinu i zakwaterowanie w wiosce olimpijskiej. Po szumie medialnym, jaki towarzyszył przygotowaniom do Olimpiady, każdy pragnął na własne oczy zobaczyć i ocenić poziom organizacyjny i ogrom pracy, jaki niewątpliwie został w to włożony. Niestety mogę wam powiedzieć, że byłem trochę rozczarowany - po tych wszystkich buńczucznych zapowiedziach władz chińskich spodziewałem się czegoś więcej. Nie przyjechaliśmy tutaj na wakacje, tylko na Igrzyska, a warunki wszyscy mieli jednakowe. Niezależnie od tego, jaki kraj czy dyscyplinę reprezentują. Dziwnie się trochę czuliśmy wśród wielu sportowych gwiazd. Ludzi, których zazwyczaj ogląda się w telewizji, spotykaliśmy między innymi na siłowni. Właśnie tam odbyliśmy nasz pierwszy trening, a salę dzieliliśmy między innymi z Rafaelem Nadalem (moja Ola piałaby z zachwytu gdyż jest wielką fanką tenisa), czy drużyną hiszpańskich koszykarzy. Nie zabrakło też i płci pięknej - obecne też były włoskie gimnastyczki - wielokrotne mistrzynie świata. Przy nich wszystkich czułem się jak "polski szaraczek" jak to zwykł mawiać Daniel Pliński. Trzeba było się przyzwyczaić. Wielu z nas miało ochotę wybrać się na rozpoczęcie Olimpiady, trenerzy i sztab początkowo nie wyrazili na to zgody, ale po naszych usilnych prośbach "dyrektorstwo" zmiękło i zezwoliło na udział w otwarciu. Ja i kilku innych chłopaków postanowiliśmy zostać w wiosce i oglądać transmisję w TV. Niestety nie mieliśmy w pokojach telewizora, więc musieliśmy się udać do mieszkania, które zajmowali nasi trenerzy i menadżerowie obu naszych drużyn siatkarskich.
Do pierwszego meczu z Niemcami podeszliśmy bardzo skoncentrowani. Wiedzieliśmy, że od jego wyniku zależy bardzo wiele. Mimo nerwów i lekkich obaw, wygraliśmy 3:0, a zwycięstwo to dodało nam wiary i pewności siebie. Po meczu dostaliśmy pozwolenie na odwiedziny w McDonaldzie - do tradycji już chyba przejdzie jakość wyżywienia, która i tym razem była kiepska. Po "pysznym" jedzonku zostało nam jeszcze kilka wolnych godzin. Niektórzy zdecydowali się na zakupy, inni na zwiedzanie. Ja postanowiłem te "przyjemności" odłożyć na później, wolałem odpoczywać i zregenerować siły przed kolejnymi spotkaniami. Przez pierwsze mecze przeszliśmy dość gładko. Wygraliśmy z Egiptem i z Serbią, potknęliśmy się podczas czwartego spotkania przeciwko Brazylii. Po trzech kolejnych zwycięstwach musieliśmy uznać wyższość Canarinhos. Brazylia zagrała naprawdę bardzo dobrze i to we wszystkich elementach. Wydaje mi się, że przegrana dzień wcześniej z Rosją dodatkowo ich zmotywowała. Przed nami zostało ostatnie spotkanie grupowe właśnie ze Sborną. Mecz ten nie miał już żadnego wpływu na nasze miejsce w grupie wygrana nic nam nie dawała, a mimo to potrafiliśmy się zmobilizować i zwyciężyć w zaciętym pojedynku 3:2. W międzyczasie swoje mecze rozgrywały dziewczyny. Niestety odpadły już w fazie grupowej, co oznaczało wcześniejszy powrót do domu. My natomiast czekaliśmy na ćwierćfinał, w którym przyszło nam się zmierzyć z drużyną Italii. To był mecz życia dla każdego z nas. Oznaczał albo powrót do domu, albo - tak bardzo wymarzony - półfinał. Niestety i tym razem zabrakło nam szczęścia. Dwie sytuacyjne piłki zadecydowały, że to Włosi zagrają w półfinale. My mogliśmy pakować manatki i wracać do domu. Marzenia o medalu legły w gruzach. Przegraliśmy, ale wiedzieliśmy, że każdy z nas walczył do końca najlepiej jak umiał do domu mogliśmy więc wrócić z podniesionym czołem. To był czarny dzień dla polskich gier zespołowych, przegrali również piłkarze ręczni, którym kibicowaliśmy gorąco. Szczypiorniści mieli jeszcze do rozegrania mecz o 5. miejsce, my natomiast organizowaliśmy sobie powrót do kraju. Większość z nas nie chciała czekać pięciu dni na zakończenie Olimpiady i powrót ze wszystkimi polskimi sportowcami. Każdego ciągnęło już do domu. Niektórzy wyjechali nazajutrz po meczu, ja i kilku chłopaków - dzień później. Po powrocie dostaliśmy tydzień wolnego. Dla mnie był to czas spędzony przede wszystkim z rodziną i znajomymi.
Niestety koniec Igrzysk nie znaczył końca sezonu kadrowego. Do załatwienia mieliśmy jeszcze jedną rzecz - baraże do mistrzostw Europy w Turcji. Czekał nas zatem dwumecz z zespołem Belgii. Niestety nie wszyscy olimpijczycy mogli zagrać ze względu na kontuzje. Szampon miał już na Igrzyskach złamany palec u ręki, Igła miał operację łąkotki, Winiar cierpiał z powodu bólu kręgosłupa, a Gumie dokuczało kolano. Mimo tych braków kadrowych i po słabej grze, udało nam się wymęczyć wygraną 3:2 na wyjeździe. Widać było spadek formy u olimpijczyków, a u tych co nie byli w Chinach, że są na innym etapie przygotowań do sezonu ligowego. Na rewanż Belgowie przyjechali do Kędzierzyna. Mimo wspaniałego dopingu kibiców przegraliśmy 3:2, ale na szczęście mieliśmy lepszy bilans małych punktów i mimo porażki to my cieszyliśmy się z awansu do mistrzostw Europy. Tym meczem zakończyliśmy bardzo ciężki sezon reprezentacyjny. Teraz każdy z nas będzie musiał wziąć się do pracy w nadchodzącym dużymi krokami sezonie ligowym. Ten mecz - jak się później okazało - był też ostatnim spotkaniem pod wodzą Raula Lozano. Polskie władze zdecydowały się nie przedłużyć z Argentyńczykiem kontraktu.
Ja z Kędzierzyna udałem się od razu do Gorzowa, gdyż zostało mi tylko kilka dni na spakowanie się i wyjazd do Włoch. Macerata w tym roku bierze udział w Lidze Mistrzów, zapowiada się więc znowu ciężki sezon, mam nadzieję że będzie on nie mniej udany jak poprzedni, kiedy to zdobyliśmy Puchar Włoch. Mam też nadzieję, że dalej będę mógł się z Wami dzielić moimi spostrzeżeniami i przemyśleniami.
Pozdrawiam Was serdecznie i do usłyszenia!
Seba
[powrót do newsów]
|